grzybek blog

    Twój nowy blog

    Powoli odchodzę w kierunku zachodzącego słońca. Nie może być inaczej.

    Pewnie, że mi żal.

    sunset.gif

    (…)Paradoksalnie, Polak bez języków najłatwiej może sobie poradzić w unijnych instytucjach. Tłumacze – z każdego języka Wspólnoty na każdy – obsługują posiedzenia wszystkich gremiów. Na sali plenarnej w Strasburgu, gdzie za dzień posiedzenia UE płaci tłumaczom 90 tys. euro, każdy mówi w ojczystym języku.

    Absolutne poleganie na unijnych przekładach niesie jednak ryzyko. Zasada zasadą, ale na zwoływane nagle posiedzenia komisji wsparcie językowe nie zawsze dociera. Poza tym tłumaczenie bywa bardziej źródłem problemu niż ułatwieniem. – Gdy prowadziłem komisję budżetową po polsku, zauważyłem, że posłowie siedzący w słuchawkach są zdezorientowani – opowiada Janusz Lewandowski (PO, grupa EPP). – Język finansów jest nasycony specjalistycznym słownictwem, liczbami i skrótami, których tłumaczenie symultaniczne jest bardzo trudne. Zwłaszcza gdy chodzi o tak egzotyczny język jak np. estoński. Lewandowski woli więc mówić po angielsku.(…)

    Reszta do przeczytania tu. I błagam, nie domagajcie się komentarza…

    W oczekiwaniu na Nowe Właściwe część pracy wykonuję w ćwierćbiurzu, w którym przypada na mnie cały komputer, kilkuczęściowe ale względnie spójne biurko (z krzesłem), ćwierć telefonu i ćwierć drukarki.

    Drukarka dotąd funkcjonowała bez zarzutu, przynajmniej w mojej obecności. Dzisiaj przestała i zamiast porządku obrad komisji prawnej wypluła enigmatyczną wiadomość jak wyżej.

    Zwykłe w takim przypadku środki zaradcze, z wyłączeniem i pogróżkami włącznie, okazały się bezskuteczne. Wezwałam speca.

    Musi pani iść drukować gdzie indziej, orzekł spec. Drukarka najzupełniej w porządku, chyba nie lubi dokumentów z komisji prawnej.

    Jestem nawet pełna zrozumienia.

    Lot nad

    3 komentarzy

    Samolotami latam od dzieciństwa. Mimo młodego (przynajmniej duchem) wieku zaznaczam, że te z mojego dzieciństwa były zupełnie innymi samolotami, niż dzisiejsze odrzutowce, a afrykańskie linie, którymi często przychodziło nam podróżować nosiły wdzięczny przydomek „air peut-être”; wobec owych doświadczeń, loty między siedzibami Instytucji zawsze wydawały mi się szybkie i prawie przyjemne (a „prawie” tylko dlatego, że nie lubię tłoku).

    Chwilowo zmuszona jestem użyć czasu przeszłego. Ujmując to najdelikatniej, jak mogę, czwartkowy lot powrotny ze Strasznego Burga nie należał do przyjemnych.

    Podobno sąsiednie lotniska były już zamknięte, kiedy nasz samolot jednak wystartował. W ramach zachowywania pozorów normalności załoga podała kanapki, które to posunięcie szybko okazało się błędne. Podczas lądowania mieliśmy wrażenie, że siedzimy nie w odrzutowcu, a w jakiejś kruszarce, najlepiej udarowej; powinnam zresztą użyć liczby mnogiej, jako że przynajmniej jedna próba lądowania naszemu kapitanowi się nie udała.

    Pasażerowie zachowali spokój, acz papierowe torby bardzo się przydały (na kanapki). Co niektórzy podobno zastanawiali się głośno nad wpływem ewentualnej katastrofy lotniczej na debatę ws. siedziby Instytucji i wydawali się nawet skorzy do poświęceń. Tylko jedna osoba naprawdę zasłabła, reszta wyszła z samolotu o własnych siłach. Nie wiem, ile osób przysięgło w duchu, że następnego razu do Strasznego Burga pojedzie pociągiem, samochodem, a w najgorszym wypadku nawet konno.

    Co do mnie, nawet nie wiem, czy się naprawdę bałam i do jakiego stopnia; ale następnego dnia uderzyła we mnie fala tak kompletnego wyczerpania, że coś we mnie bało się na pewno, kurczowo i ze wszystkich sił. Mam nadzieję, że do następnego razu przestanie.

    W każdym razie dzisiaj już nie wieje.


    GSM1002_1.jpg

    Fast Forward

    1 komentarz

    Przegrupowań w Instytucji się spodziewałam, ale nie tak szybko. Cóż – trzeba będzie przyzwyczaić język do jeszcze innej retoryki. Już zaczęłam ćwiczyć.

    Dla porządku potwierdzam, że mimo, ach, urlopu dotarły do mnie zachodzące wokół zmiany. Nota bene ciekawa jestem, czy w związku z pojawieniem się w Unii Europejskiej cyrilicy trzeba będzie kiedyś przeprojektować banknoty w euro? (A jest ich, jak się okazuje, całkiem sporo).

    Z monetami na szczęście nie ma takiego kłopotu.

    83.gif

    Tak się złożyło, że bodaj po raz pierwszy w moim życiu początek kalendarza rzeczywiście będzie jakimś początkiem, a nie tylko zwiastunem nadchodzącego nieubłaganie końca urlopu. Poprzednie ważne początki wypadały raczej na wiosnę (np. 1-go kwietnia), i też było dobrze. W zasadzie jest mi wszystko jedno. Jak się ma zacząć, to niech się zaczyna.

    Początki zawsze brzmią optymistycznie (i nie każdemu jest pisany żałosny koniec). Mimo nieustającej szarugi za oknem, trucicielskich zapędów Pani od Trzech Liter oraz nadchodzącego po raz kolejny w Europiewielkego kryzysu – ten właśnie optymizm wpisuję sobie do nowego kalendarzyka, jako zadanie i postanowienie na cały 2007 rok.

    Wam również życzę udanych początków, cokolwiek miałyby znaczyć, oraz optymizmu i – na wszelki wypadek – cierpliwości.

    Przecież póki co, to tylko początek nowego kalendarza.

    champagne.gif

    noelbru2006a.jpg

    noelbru2006.jpg

    Naprawdę jest szaro i dziwnie, a w końcu ogrodu jeszcze kwitną trzy nasturcje. Niektórym najwyraźniej na złość, spora część drzwi na naszej ulicy została jednak odpowiednio przyozdobiona na okoliczność, a wieczorem pójdziemy się równie okolicznościowo napatrzeć i nasłuchać.

    Naprawdę, to mamy dużo szczęścia i wypada się nim cieszyć.

    Wszystkim stałym i przypadkowym gościom również życzę samych radości, małych i dużych, w nadchodzących dniach. Niech starczy ich na całą mroźną, mroczną i ponurą zimę, albo nawet na cały rok.

    fenetre.gif


    • RSS